wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział 34

   Wczoraj minął dokładnie rok, odkąd wprowadziłyśmy się do Dortmundu. I dokładnie tydzień od konfrontacji Marco z Łukaszem. Od tamtej pory nie widziałam żadnego z nich. Wiki wciąż pozostawała w śpiączce. Miałam ogromne pretensje do Najwyższego, że mi ją zabrał właśnie w tym momencie mojego życia. Cóż, widocznie chciał mnie nieźle przeczołgać ...
   Była szósta rano, gdy obudził mnie dźwięk telefonu. W słuchawce odezwał się gruby, męski głos.
- Czy pani Patrycja Jarosz? - zapytał
- Tak ... To ja ... - odparłam próbując nie zasnąć z telefonem przy uchu
- Zna pani panią Wiktorię Koś? - zapytał ponownie
   W tym momencie rozbudziłam się całkowicie.
- Tak. O co chodzi? - zaniepokoiłam się
- Spokojnie. Ma pani powody do szczęścia. Pani przyjaciółka wybudziła się ze śpiączki 30 minut temu. Chce się koniecznie z panią zobaczyć - poinformował mnie
   Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Migiem ubrałam się i popędziłam do samochodu. Jednocześnie zadzwoniłam do Kuby.
- Kuba! Wiki się wybudziła! Jedź natychmiast do szpitala! - wrzasnęłam na całe gardło i rozłączyłam się
   W rekordowym czasie 3 minut przejechałam kilometr dzielący mnie od miejscowego szpitala, łamiąc po drodze wszystkie zasady ruchu drogowego. Śpiesząc się, potrąciłam w holu pielęgniarkę i zahaczyłam udem o stolik. W końcu, cała poobijana, dotarłam na 3 piętro. Tam spotkałam lekarza zajmującego się Wiktorią.
- Panie doktorze, co z nią?! - krzyknęłam łapiąc go bardzo mocno za kołnierzyk
- Niech mnie pani puści! - wrzsnął, po czym wyswobodził się z mojego uścicsku - Wszystko jest w porządku. Pani przyjaciółka po przebudzeniu wpadła w panikę. Wołała pani imię, dlatego po panią zadzwoniłem. Może teraz pani do niej wejść.
  Jak dzika wbiegłam do sali, taranując przy tym nieszczęsnego lekarza. Gdy dopadłam łóżka, ujrzałam widok, na który czekałam ponad 2 miesiące. Wiki leżała uśmiechnięta z szeroko otwartymi piwnymi oczami.
- Jesteś nareszcie! - zawołała radośnie, gdy mnie ujrzała.
   Wtedy rozpłakałam się jak dziecko. Padłam na krzesło bezsilna wobec tego wszystkiego, co mnie do tej pory spotkało. Płakałam jak bóbr, a Wiki trzymała mnie cały czas za rękę.
- Nie płacz! Nie płacz, głupia! Wszystko będzie już dobrze! - pocieszała mnie
- Wiem ... Po prostu ... nie daję już rady ... Nie mam siły na to wszystko ... - chlipnęłam
- Dlatego nie zostawię cię tak. Zobaczysz, przejdziemy przez to razem! - zapewniła mnie, wciąż się uśmiechając
   Nagle poczułam ulgę. Słowa Wiktorii uspokoiły mnie. Wiedziałam, że mnie nie zostawi.
- A tak poza tym, ja na prawdę byłam tu ponad dwa miesiące? - zapytała
- Tak ... Dwa, cholernie długie miesiące - odparłam i ukryłam twarz w dłoniach.
*********************************************************************************************************************
   Po tygodniu lekarze wypuścili Wiki do domu. Surowo zabronili jej trenować przez następne 2 miesiące. Mimo to, radośnie podreptałyśmy do domu, ciągle o czymś rozmawiając. Nagle z uliczki wyszedł Robert. Gdy nas zobaczył, zatrzymał się. My zresztą też. Stał tak chwilę, potem niepewnie podszedł.
- Wiki? Ty ... - zaczął, ale odjęło mu mowę
- Tak, już wróciłam - odparła na to Wiki spokojnie
- Czy my ... możemy porozmawiać? - zapytał
- Przecież właśnie to robimy - zauważyła i uśmiechnęła się szeroko.
   To ośmieliło Roberta.
- No tak, ale ... w cztery oczy ... - rzekł powoli
   Popatrzyłam na Wiki. Była wyluzowana. Nie bała się. Fakt, że jeszcze nie wiedziała o tym, że powiedziałam Robertowi o niej i o Kubie. To mnie troszeczkę przestraszyło.
- Wiki, musimy iść do domu. Lekarz kazał ci odpoczywać i się nie forsować - powiedziałam i lekko pociągnęłam ją za ramię
- A od kiedy rozmowa forsuje moje zdrowie? - zdziwiła się - Idź sama do domu, ja niedługo przyjdę
- Jak chcesz ... - odparłam zrezygnowana i odeszłam kawałek
   Postanowiłam jednak poczekać na nią. Ukryłam się w zaułku tak, żebym mogła coś zobaczyć. Długo ze sobą rozmawiali. Na twarzy Wiki na przemian malował się spokój, gniew, radość i zdziwienie. Po godzinnej rozmowie rozeszli się w swoje strony. Ja natomiast szybko pobiegłam do domu.
**********************************************************************************************************************
- I jak tam rozmowa z Robertem? - zapytałam, gdy tylko Wiki weszła do domu
- Zdziwiło mnie to, że chciało ci się na mnie czekać w tym zimnym zaułku - zaśmiała się - Poszło lepiej niż myślałam
- To znaczy? - zdziwiłam się
- To znaczy, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Więcej ci nie powiem. To jest sprawa między mną a Robertem - rzekła tajemniczo, po czym usiadła na kanapie
   Wtedy ktoś zapukał.
- Kogo znowu do licha niesie?! Czy nie można mieć chwili spokoju?! - zdenerwowała się Wiki i otworzyła drzwi
- Cześć ... Przepraszam, że przeszkadzam.. Jest Patrycja? - zapytał kobiecy głos
- Tak, jest ... - odparła lekko zaskoczona Wiki - Wejdź, Angie ...
   Na dźwięk tego imienia, dostałam gęsiej skórki. Myślałam, że się przesłyszałam. Jednak po odwróceniu się, rzeczywiście ujrzałam dawno nie widzianą kuzynkę. Była podenerowana.
- Angie? Co ty .. - zaczęłam, ale zatkało mnie
- Musimy porozmawiać. To ważne - poinformowała mnie i pociągnęła za rękę.
   Szybko zeszłyśmy po schodach i wybiegłyśmy na ulicę. Angie ciągnęła mnie w jakieś miejscie, nic nie mówiąc. Ledwo za nią nadążałam w moich sandałach. W końcu jednak zatrzymała się w nieznanej mi okolicy.
- Angie, na Boga, powiedz mi, co się stało! Dlaczego zachowujesz się tak nieswojo? I w ogóle, czemu wyciągasz mnie teraz z domu?! Muszę zaopiekować się Wiki! Wiesz dobrze, że dopiero co wybudziła się ze śpiączki! - piekliłam się
- Będziesz miała na to czas! Teraz muszę powiedzieć ci coś o wiele ważniejszego i szokującego! - odparła mi na to, wciąż zdenerwowana
- Co chcesz mi powiedzieć? Co jest teraz ważniejsze od opieki nad Wiki?! Co jest bardziej szokującego, niż jej wybudzenie?! - wściekłam się
- Mario mi się oświadczył - wypaliła w końcu
   Opadła mi szczęka. Oczy zrobiły się jak pięciozłotówki. Na twarzy wymalowane miałam zdziwienie.
- Czułam, że tak zareagujesz! - rzuciła po chwili - Wiesz jaka była moja mina, gdy usłyszałam "Wyjdziesz za mnie"?
- Chyba wiem ... - odparłam mocno zdruzgotana tą informacją - Ale gdzie? Jak?
- To było trzy tygodnie temu, w Monachium, po jednym z wygranych meczy. Mario skompletował wtedy hat-tricka. Kiedy spotkaliśmy się wieczorem, zabrał mnie na Nowy Ratusz. Tam znienacka oświadczył mi się.
- Przyjęłaś? - zapytałam zaciekawiona
- Jeszcze się pytasz?! Oczywiście, że tak! - zbulwersowała się - Nie mogłam mu odmówić, przecież go kocham!
- To prawda. Nie widziałam jeszcze tak kochającej się pary - przytaknęłam - Ustaliliście już datę i miejsce ślubu?
- Nie, jeszcze za wcześnie na to. Ale chcemy pobrać się latem, po zakończeniu sezonu.
- To świetnie! - ucieszyłam się i objęłam Angie
- Czuj się zaproszona - powiadomiła mnie z uśmiechem - I przekaż Wiki, że ją też zapraszam. Tak na zgodę
   Znów byłam w szoku. Wiki na ślubie Angie? To wydawało mi się niemożliwe! Ale jednak moja kuzynka postanowiła pogodzić się z moją najlepszą przyjaciółką i to było najpięknieszy prezent, jaki mogłam dostać.
   Kiedy opowiedziałam Wki wszystko, zamurowało ją. Szczególnie to zaproszenie.
- Ona na prawdę musi być mocno zakochana. Endorfiny przejęły nad nią kontrolę. To nie skończy się dobrze ... - skwitowała później



No kochani to już 34 rozdział, po woli zbliżamy się ku końcowi.... Ale obiecuję, że zacznę tworzyć inną historię :) Czekam na wasze komentarze :) 
Tak jak wcześniej aby pojawił się kolejny rozdział musi być 10 komentarzy :)
Komentujesz -------> Motywujesz mnie! :D

niedziela, 14 lipca 2013

Rozdział 33

Minął już miesiąc, odkąd Wiki zapadła w śpiączkę. Dortmund skąpany był w gorącym, czerwcowym słońcu. Ludzie ubrani w cienkie, krótkie ubrania prażyli się na ulicach i parkowych trawnikach. W całym mieście panowała wszechobecna radość i błogość. Tylko nie u mnie. W moim świecie panowała sroga zima. Ciemność, gniew i rozpacz wręcz rozrywała mi serce. Czułam się jakby ktoś zabrał mi tlen. Tym tlenem była moja przyjaźń z Wiktorią. Ale jej nie było i to właśnie nie pozwalało mi cieszyć się latem.
   Któregoś dnia, leżąc w łóżku i ciągle myśląc o tamtym dniu, usłyszałam cichy dźwięk dzwoniącego telefonu. Wygrzebałam go spod sterty brudnych ubrań. Na ekranie wyświetlał się numer Mario.
- "No nie, człowieku ... Dajże mi święty spokój ..." - pomyślałam, ale telefon wciąż natrętnie dzwonił
   Niechętnie odebrałam
- Tak? - powiedziałam ospale
- Cześć Pati ... Wiesz po co dzwonię, prawda? - zapytał Mario
- Żeby powiedzieć, jak ci jest przykro i że mogę na ciebie liczyć ... - odparłam zrezygnowana
- Tak, to też ... Ale przede wszystkim chcę ci się wyżalić - poinformował mnie radośnie
- Mów, to jest idealny moment ... - parsknęłam
- Wiesz, tęsknię za Angie. Od pół roku jestem w Monachium i od tamtego czasu tylko dwa razy się z nią widziałem! Zresztą w klubie też nie jest kolorowo. Ciężko mi walczyć o pozycję z Franckiem czy Arjenem. Nie układa mi się tu ... - skarżył się
  Gdy chciałam coś odpowiedzieć, usłyszałam głośne pukanie do drzwi. A właściwie walenie
- Mario, oddzwonię... Jakiś idiota dobija mi się do domu - rzekłam i rozłączyłam się
   Za drzwiami stał ... Łukasz! Miał dziwny wyraz twarzy. Szczerze mówiąc, był przybity.
- Coś się stało? - zapytałam zaniepokojona
- Oprócz tego, że Kuba chciał się zabić, to nic ... - odparł mi smutny
   Zamurowało mnie. Nie dość, że Wiki zapadła w śpiączkę, to jeszcze Kuba ... Nie mogłam w to uwierzyć.
- Ale dlaczego? - zdziwiłam się i wciągnęłam Łukasza do mieszkania.
- Stracił nadzieję na to, że Wiki się obudzi ... On ją bardzo kocha, nie może bez niej żyć. A ja nie wyobrażam sobie mojego życia bez niego. On jest jak brat ... - powiedział i cicho zapłakał.
   Siedzieliśmy na balkonie smutni i przygnębieni. Na podwórku, sześć pięter niżej wesoło bawiły się dzieci. Drażniła mnie ta radość, ten śmiech ... Wszystko widziałam w czarnych kolorach.
- Co my teraz zrobimy? - zapytał Łukasz
- Musimy czekać, aż los się odwróci - odrzekłam i złapałam go za rękę
****************************************************************************************************************************
   Tydzień później Kuba został przeniesiony do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Łukasz nie był z tego powodu zadowolony. Powiem więcej, był wściekły.
- Jak można zamykać normalnych ludzi w wariatkowie?! Przecież on nie jest żadnym czubkiem! - pieklił się
- Czubkiem nie jest, ale próba samobójcza daje do myślenia - rzekł Mario
- Był zdesperowany, myślał, że już nigdy nie zobaczy Wiki. To dość przybijające. - dodałam
   Łukasz nic na to nie odparł. Westchnął ciężko i spojrzał przez okno. Nagle zadzwonił dzwonek. Pośpiesznie otworzyłam drzwi. Wtedy do domu wdarł się Marco! Gdy zobaczył Mario, przystanął zdziwiony. Potem jednak dostrzegł Łukasza.
- Jeszcze ci mało?! Nie dość, że zabrałeś mi kobietę to jeszcze chcesz zabrać mi przyjaciela?! Nie masz swojego?! - wykrzyczał
   A Łukasz jak stał, tak stał. W ogóle nie reagował. To jeszcze bardziej zdenerwowało Marco.
- Odpowiedz, jak do ciebie mówię! - zażądał, podchodząc do niego - Nie ignoruj mnie, śmieciu!
   Na to zareagował Mario
- Marco! Co ci odbiło?! Po jaką cholerę ty tu przyszedłeś?! I w ogóle o co ci chodzi?! - zapytał zdenerwowany i ociągnął go od Łukasza
- Niech Patrycja ci to wytłumaczy! Ona doskonale wie, o co mi chodzi! - odrzekł z pretensją w głosie i posłał mi złowrogie spojrzenie - No dalej, pochwal się swoimi podbojami ..
- A co miałam zrobić?! Czekać, aż wrócisz od dziadków?! Zostawiłeś mnie samą, kiedy najbardziej cię potrzebowałam! Tylko Łukasz mi wtedy pomógł! - wybuchłam
- A nie wpadłaś na to, żeby mnie o to poprosić?! Nie mówiłaś, że chcesz, żebym przyjechał! Powiedziałaś tylko, że coś stało się twojej koleżance, więc myślałem, że to nic takiego! - odparł krzycząc
- Jej przyjaciółka zapadła w śpiączkę ... I ty mówisz, że to nic takiego? - wtrącił cicho Łukasz
   To mocno zdziwiło Marco.
- Ja może już pójdę .. - odezwał się Mario, którego dotąd nie zauważałam. Powoli wyszedł i zamknął drzwi.
- Gdybyś mi konkretnie powiedziała, co się stało, przyjechałbym ... -  rzekł Marco i znów na mnie spojrzał, ale tym razem ze smutkiem
- Wyjdź. Po prostu wyjdź. Ty Łukasz też. Obaj wyjdźcie i dajcie mi święty spokój ... - zażądałam
   Marco nic nie powiedział. Łukasz zdziwił się lekko, ale w końcu odszedł od okna.
- Zastanów się co robisz i przestań traktować nas jak marionetki ... My też mamy uczucia ... - powiedział i wyszedł.
   Zostałam sama. Kompletnie sama. Chciałam zniknąć. Ale życie szykowało mi jeszcze kilka mocnych wrażeń ....


Co sądzicie o tym rozdziale? Wasze opinie są zawsze mile widziane :)
Komentujesz -----> Motywujesz mnie!
(następny rozdział pojawi się wtedy, kiedy pod tym rozdziałem będzie 10 komentarzy)

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział 32

 - Pati, spokojnie ... Wszystko będzie dobrze, zobaczysz ... - dudnił mi w głowie głos Łukasza.

   Na chwilę odzyskałam przytomność. Byłam w samochodzie.

- Kuba, ile jeszcze?! - wrzasnął Łukasz

- Zaraz dojedziemy ... - odparł smutno Kuba

   Nie wiedziałam, co się dzieje. Dlaczego jestem w samochodzie? Co się stało? Gdzie jest Wiki? Nie pamiętałam tego. 

- Pati! Nie zasypiaj! - krzyknął Łukasz, ale było już za późno.

***************************************************************************************************************************

   Przebudziłam się w szpitalnym łóżku. Nade mną stała pielęgniarka i zmieniała mi kroplówkę. Maska tlenowa, którą miałam na ustach przeszkadzała mi w oddychaniu. Chciałam ją ściągnąć, ale ... nie miałam siły. Lampa znajdująca się na suficie oślepiała mnie swoim światłem. W pewnym momencie zaczęła się kręcić. Z każdą chwilą kręciła się mocniej i mocniej. Poczułam mdłości i wtedy zapadła ciemność. W tej ciemności ujrzałam kilka ludzkich twarz. A konkretnie sceny z mojego życia! Kłótnie z Łukaszem, spotkania z Marco, treningi ... Kilka ostatnich miesięcy ... Potem znów nastał mrok.

   Nie wiem, ile godzin spałam. Gdy się obudziłam, Łukasz już stał nade mną i gładził mnie ręką po czole. Obok niego, na stojaku, wisiała kroplówka dość pokaźnych rozmiarów.

- Gdzie jest Marco? - zapytałam pół żywa

- Jeszcze nie przyjechał ... - odrzekł mi spokojnie

   Spojrzałam przez okno. Był wieczór, deszcz ciągle lał.

- Który jest dzisiaj? - zapytałam ponownie

- 3 kwietnia - odparł Łukasz - Spałaś trzy dni. Lekarze powiedzieli, że miałaś osłabiony organizm i dlatego to tak długo trwało.

   W tym momencie nad głową zapaliła mi się żarówka.

- Gdzie jest Wiktoria?! Co z nią?! Ona żyje?! - wrzasnęłam i zaczęłam płakać

- Spokojnie, nie denerwuj się! - próbował mnie uspokoić - Ona ...

- Co?! Mów! - ponagliłam

- Ona jest w śpiączce - odpowiedział i usiadł na krześle - Lekarze nie wiedzą dlaczego. Twierdzą, że mogła dostać jakiegoś wstrząsu i to ją spowodowało ...

   Załamałam się. Myślałam, że wszystko zaczyna się układać. Nie sądziłam, że los spłata mi takiego figla. W jednej chwili zawalił mi się cały świat. Nagle poczułam silną potrzebę zobaczenia Wiki.

- W której ona leży sali? - zapytałam, podnosząc się z łóżka

- Pati, ty nie możesz ... - zaprotestował Łukasz

- Czego nie mogę?! Zobaczyć mojej przyjaciółki?! Tego mi zabraniasz?! - wściekłam się - A ty co byś zrobił, gdyby tu leżał Kuba?! Masz natychmiast zawieźć mnie do sali Wiktorii!

- A co jeśli tego nie zrobię? - postawił się

- To sama się tam dostanę. Nawet gdybym miała się czołgać - rzekłam stanowczo

   W tej sytuacji Łukasz nie miał innego wyjścia, jak pójść po wózek i zawieść mnie do Wiki. Jechaliśmy zimnym i pustym korytarzem. Mijaliśmy mnóstwo pacjentów z różnymi urazami. Personel biegał w tą i z powrotem. Czułam się tak, jak wtedy, gdy Wiki leżała pobita w szpitalu. Jak na złość, właśnie teraz to wszystko do mnie wróciło. Te poszukiwania, ten strach ... I Łukasz, cierpliwie szukający jej razem ze mną.

  Wjechaliśmy do dużej sali, a właściwie jej przedsionka. Łukasz punkął lekko w drzwi. Wtedy z sali wyszła młoda lekarka, mniej więcej po trzydziestce.

- Pani doktor, czy mogę do niej wejść?- zapytałam z nadzieją w głosie

- Cóż ... Pacjentka jest w śpiączce, więc nie skontaktuje się pani z nią ... - odparła

- Proszę ... - rzekłam ze łzami w oczach.

   Ten widok zmiękczył jej serce. Wpuściła nas do niej na 5 minut. Tyle mi wystarczyło, żeby kompletnie się rozkleić. Wiki, podłączona do mnóstwa urządzeń, leżała w bezruchu. Ekran stojący tuż obok łóżka, pokazywał częstotliwość, z jaką biło jej serce. Biło powoli, ospale, ale biło. I za to dziękowałam losowi. Gdy złapałam ją za rękę, poczułam przeraźliwy chłód. Twarz wciąż była blada jak ściana. I tylko oczy były zamknięte.

- Patrycja ... Musimy już wracać ... - powiedział łagodnie Łukasz i cofnął wózek.

  Ostatni raz spojrzałam na Wiki. Może mi się wydawało, może mi się to przywidziało, ale spostrzegłam na jej twarzy lekki uśmiech. Ten ciepły, serdeczny uśmiech, który mówił tylko jedno: "Wszystko będzie w porządku".

*****************************************************************************************************************************

   Po wyjściu ze szpitala popadłam w depresję. Nic nie było takie jak dawniej. Nie było Wiki, nie było naszych wspólnych rozmów, naszych kłótni ... Nie było jej na treningach, na meczach... Była za to w moich myślach i snach i to było moim jedynym pocieszeniem. Nie raz w nocy śniłam o tym, że się wybudza, że wraca do zdrowia. Nie raz płakałam w nocy, bo zobaczyłam jej śmierć. Te sny były okropne i wspaniałe za razem. Ale to jedyne co miałam. Nie odwiedzałam jej w szpitalu, bałam się tego. Bałam się jej widoku, tych maszyn, tej bladej twarzy ...

   Przez cały czas był przy mnie Łukasz. W szpitalu podtrzymywał mnie na duchu, poza nim także. Marco był w tym czasie u dziadków, w Saksonii.  Miał zostać u nich przez następny miesiąc. Co prawda dzwonił do mnie, ale to mi go nie zastępowało. Miałam żal, że nie jest tu ze mną i mnie nie wspiera. Łukasz natomiast miał wyjechać z Dortmundu dopiero w Wielką Sobotę, więc mieliśmy jeszcze trzy dni.

- Słuchaj, Łukasz ... - zaczęłam niepewnie - Chcę cię przeprosić, za to jak cię ostatnio potraktowałam. Trochę mnie poniosło ...

- Niech zgadnę, impuls? - zaśmiał się

- Tak, chyba tak ... - odparłam i zaczerwnieniłam się

- Rozumiem. Mnie też ostatnio często ponosi. Staram się nad tym panować, ale czasem się to nie udaje ... - rzekł

- Słyszałam, że jest na to całkiem niezły sposób

- Tak? Jaki? - zdziwił się

- Wdech, policz do dziesięciu, wydech - poinformowałam

   Łukasz wypróbował ten sposób, po czym uśmiechnął się szeroko, tak, jak tylko on potrafi.

- Muszę ci coś wyznać - rzekł nagle

- Co takiego? - zaciekawiłam się

- Ten sposób ... nie działa ..

   Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Znów poczułam się szczęśliwa u jego boku.

- Nie martw się, Wiki się wybudzi ... - pocieszył mnie i mocno przytulił

- Skoro tak mówisz... - odrzekłam i schowałam głowę w jego bluzę


Co o tym sądzicie? Czy Wiki się obudzi?
Komentujesz -------> Motywujesz mnie!

czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział 31

- Znowu cię poniosło! Znowu Marco jest w szpitalu! Znowu przez ciebie! Czy ty możesz choć raz zapanować nad emocjami?! - krzyczałam wniebogłosy, tak, że echo niosło się po mieszkaniu - Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby go tknąć?!
- Jak to co?! Ten typ zaczął cię całować! Niby jak miałem zareagować?! Miałem się ucieszyć?! - odparł mi na to Łukasz
- Nie musiałeś od razu rzucać nim o ścianę! Marco leży teraz w szpitalu z rozciętą głową! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że on znów musi mieć przerwę w grze? Ba! musi się teraz męczyć z okropnym bólem! - wybuchłam
   W przypływie gniewu zaczęłam rzucać o rzeczami, które akurat miałam pod ręką. Pech chciał, że na stole leżała tylko moja bransoletka, którą kiedyś dostałam od Łukasza. Nie zastanawiając się długo, cisnęłam nią na ścianę. Potem popatrzyłam na winowajcę i znów zaczęłam krzyczeć.
- Nie waż się go więcej tknąć! Rozumiesz?! Nigdy! Nie zbliżaj się do niego i do mnie! Zapomnij, o tym wszystkim co między nami było! Wynoś się! Nie chcę cię tu więcej widzieć! - wrzeszczałam, rzucając przy tym cukierniczką, która z hukiem rozbiła się o podłogę.
   Łukasz nic nie odpowiedział. Patrzył się na mnie swoimi niebieskimi oczyma pełnymi bólu i smutku. Przez chwilę w mieszkaniu zapanowała przeraźliwa cisza.
- Widzę, że już nie jestem dla ciebie ważny ... - powiedział cicho po chwili - Czułem, że to się tak skończy .... Kiedy tylko pojawił się Marco ... Właściwie wiedziałem o tym od samego początku ...
   Zatkało mnie. Nigdy nie widziałam tak rozbitego Łukasza. Jednak mój gniew nie minął. Miałam cały czas pretensje do niego za Marco.
- Przynajmniej wiedziałeś, co cię czeka... Teraz wyjdź z tego mieszkania, zapomnij adres, zapomnij o tym, że coś nas łączyło ... - rzekłam odwracając się w stronę drzwi.
   Łukasz posłusznie wyszedł, nic nie mówiąc. Po prostu wyszedł. Zniknął.
**********************************************************************************************************
   Po wyjściu Marco ze szpitala, zaczęłam go inaczej traktować. Można by rzec, że ... ulgowo. Nie było już między nami takiego dystansu, jak przedtem. Wręcz przeciwnie, byliśmy sobie bliżsi. Chciałam zapomnieć o wszystkich problemach, a szczególnie o tej kłótni z Łukaszem. Spotkania z Marco pomagały mi w tym. Po kilkunastu randkach zdążyliśmy się dobrze poznać. Byliśmy tak zajęci sobą, że nawet nie zauważyliśmy szybko przemijającego czasu.
   Do Dortmundu zawitała wiosna. Dłuższe dnie, krótsze noce, więcej słońca ... Pierwsze wiosenne tygodnie dały mi niesamowity zastrzyk energii. Wszystko wydawało mi się teraz takie proste i oczywiste. Marco i ja spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu. O Łukaszu już nie myślałam. Byłam szczęśliwa bez niego. Czułam się jak we śnie. Jednak rzeczywistość przerwała ten wspaniały sen bardzo brutalnie.
   Był 1 kwietnia, prima aprilis. Deszcz lał, a wiatr zacinał prosto w twarz.
-" No tak ... Kwiecień-plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata ... " - pomyślałam, patrząc przez okno.
   Nagle zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetlił się numer Łukasza.  Zdziwiona, odebrałam.
- Tak, słucham - rzekłam spokojnie.
- Halo? Patrycja? To ty? - zapytał zaniepokojony
- Tak. Co się stało? - zapytałam lekko podenerowana
- Stało się coś strasznego! - wykrzyczał- Hej, uspokój się! Czemu jest tak głośno? Co się tam dzieje? - pytałam coraz bardziej zdenerwoana
- Wiki .... - zaczął i zamilkł
- Co Wiki? Co z nią?! Łukasz, jesteś tam?! - ponagliłam
- ... ona chyba nie żyje ... - dokończył powoli
   Serce mi zamarło. Na chwilę straciłam kontakt z otoczeniem. W głowie kłębiło mi się tysiąc myśli. Nie mogłam uwierzyć w to, co przed sekundą usłyszałam. Przez moment myślałam nawet, że to primaaprilisowy żart. Z tego namysłu wybudził mnie dźwięk roztrzaskującego się telefonu, który wypadł mi z ręki. Próbowałam go poskładać, ale ręce trzęsły mi się niemiłosiernie i wszystko leciało na podłogę. Wtedy jednocześnie płakałam, wrzeszczałam i Bóg wie, co jeszcze robiłam. W końcu jednak opamiętałam się, zapanowałam nad rękoma i złożyłam telefon. Gdy tylko się włączył oddzwoniłam do Łukasza i wybiegłam z mieszkania.
- Łukasz, gdzie ty do cholery jesteś?! - zapytałam zbiegając po schodach
- Pod ... niedaleko ... tuż ... - jąkał, ale nie był w stanie nic konkretnego powiedzieć
- Łukasz, skup się! Gdzie-teraz-się-znajdujesz?! - powtórzyłam wściekła
- Pod ... domem ... Kuby ... - odparł po krótkiej chwili
   Rozłączyłam się. Doskonale pamiętałam, gdzie on mieszka. Wybiegłam z kamienicy i rzuciłam się do samochodu. W ciągu kilku sekund znalazłam się na głównej drodze Dortmundu. Mijałam innych kierowców z dziką prędkością. Po drodzę fotoradary zrobiły mi chyba z tysiąc zdjęć. Zajechałam pod kamienicę z piskiem opon. Przy bramie wjazdowej stała już karetka i tłum gapiów. Na schodach siedział zapłakany, młody chłopak, a nad nim stał Łukasz. Starał się go pocieszyć, ale nie wychodziło mu to za bardzo. W tym chłopaku rozpoznałam Kubę. Szybko do nich podbiegłam.
- Kuba, Łukasz, co się stało?! Gdzie jest Wiki?! - zapytałam bliska rozpaczy
- Ona ... - zaczął Kuba, ale w tej chwili z klatki wyszli czterej mężczyźni
   Moim oczom ukazał się straszny widok. Ów czterej mężczyźni, w rzeczywistości sanitariusze, wynosili na noszach osobę. Tą osobą była Wiki. Jej twarz była blada, oczy otwarte i puste, wpatrzone w dal. Z ust płynął jej cieniutki strumyczek krwi. Czoło przewiązane było bandażem, co oznaczało, że musiała znajdować się pod nim rana. Podeszłam powoli do nosz. Wtedy zauważyłam unieruchomioną, złamaną rękę. Gdy podeszłam jeszcze bliżej, zauważyłam czerwony ślad na jej szyi. Sanitariusze migiem zapakowali Wiki do karetki. Nagle nogi ugięły się pode mną. Zdążyłam jeszcze podejść do Kuby i Łukasza, gdy oczy zaszły mi mgłą. Upadłam. Ostatnim widokiem była odjeżdżająca karetka. W głowie dudnił mi jej sygnał i głosy innych ludzi. Nastała ciemność...


Mam nadzieję, że już pod tym rozdziałem będzie więcej niż 3 komentarze :)
Jak myślicie:
Co się stało Wiki?
Czy przeżyje? 
Komentujesz ------> Motywujesz mnie!!
zapraszam was serdecznie na blog, który prowadzę razem z koleżanką -----> http://pilkanoznamoimskarbem.blogspot.com/

Rozdział 30

  Przez następny miesiąc myślałam, że wszystko się ułoży. W końcu pogodziłam się z Wiki. Treningi i mecze szły nam gładko. Mimo to, jedna myśl nie dawała mi spokoju. Myśl o Marco. Wprawdzie byłam szczęśliwa u boku Łukasza, ale gdzieś z tyłu głowy miałam to pobicie, pobyt w szpitalu, nasze rozmowy i spotkania ... To wszystko stawało mi przed oczami, gdy przychodziłam na końcówkę treningów BVB. Wtedy Łukasz radośnie do mnie podbiegał, całował, a Marco ...
   Marco patrzył na to ze stoickim wręcz spokojem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Któregoś razu zwrócił nam uwagę. To rozzłościło Łukasza. Zaczął się z nim kłócić. Na szczęście w porę zareagowałam i wyciągnęłam go ze stadionu. Potem posprzeczaliśmy się o to, na oczach Marco. Nasza złość nie trwała jednak długo i to nie było mu na rękę.
   Pewnego dnia wybrałam się na Signal Iduna Park, podejrzeć jak radzi sobie Łukasz. Ostatnio narzekał na ból w biodrze. Patrząc na jego grę stwierdziłam jednak, że wszystko jest w porządku. Po kilkunastu minutach trener zakończył trening i panowie rozeszli się do boisku. Przy drzwiach magazynku zauważyłam Marco. Rozmawiał wesoło z Mario. Gdy mnie zobaczył mina mu zrzedła. Szybko otworzył drzwi i wciągnął przez nie Mario do środka.
- "Chyba dalej jest zły ..." - pomyślałam i lekko się zasmuciłam
   Mój smutek nie trwał długo. Po chwili Łukasz podbiegł do barierki i puścił mi oczko, co miało oznaczać: "Czekaj na mnie pod bramą". Skinęłam głową i posłusznie udałam się w umówione miejsce.
   Gdy znalazłam się poza stadionem, poczułam lekkie szarpniecie. Myślałam, że to Łukasz, ale myliłam się. Za mną stał Marco! Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, przycisnął mnie do muru i pocałował. Kompletnie starciłam przytomność umysłu. Wtedy nie myślałam o Łukaszu. Byłam zła, bo to co robił Marco ... podobało mi się! Nagle jednak Łukasz zauważył nas. Odciągnął Marco ode mnie i pchnął go tak mocno na ścianę, że ten stracił przytomność. Odzyskał ją w końcu, ale w szpitalu. Tym razem miał rozbitą głowę. Siedziałam na korytarzu i płakałam. Razem ze mną siedziała Wiki, którą wezwałam będąc jeszcze pod stadionem.
- Nie płacz! Nic mu nie będzie, zobaczysz! - zapewniała mnie
- A jeśli to znowu popsuje relacje między nami?! - martwiłam się dalej
   Na te słowa, Wiki zwiesiła głowę.
- Co się stało? - zapytałam zapłakana
- Ty ciągle coś do niego czujesz ... - odparła smutno - Dalej o nim myślisz, myślałaś i będziesz myśleć ...
- Ale o czym ty mówisz?! Dla mnie liczy się tylko Łukasz! - zaprotestowałam
- Nie kłam, kochasz ich obu i nie wiesz, którego wybrać. Obaj są dla ciebie mili, serdeczni, pomocni ... Tylko problem polega na tym, że Marco to wieczne dziecko, a Łukasz dojrzały mężczyzna. Dla niego jesteś całym światem, a ten Niemiec chce cię wykorzystać ...
- Ten Niemiec został pobity przez owego "dojrzałego mężczyznę" i właśnie po raz drugi leży przez niego w szpitalu ... - wysyczałam przez zęby i spojrzałam się na Wiki z pretensją w oczach
   Ona nie zareagowała. Po prostu wgapiła się w ścianę i milczała.
- A tak w ogóle to gdzie jest Łukasz? - spytała nagle
- Na komisariacie. Policja zabrała go od razu spod stadionu. - odparłam na to
- No proszę! Tak działa tu policja! Wandale szlajają się po ulicach niszcząc wszystko, a uczciwi ludzie są zamykani w areszcie! - oburzyła się
- Przypominam ci, że on pobił Marco, więc nie jest taki uczciwy ... - zirytowałam się
- A ty już zmieniłaś front. Szybka jesteś - rzekła sarkastycznie
   Siedziałyśmy w milczeniu, gdy podszedł do nas lekarz
- Panie doktorze, co z Marco? - zapytałam z przejęciem
- Panie są jego rodziną? - odparł pytaniem na pytanie
- Bynajmniej - rzuciła na to Wiki
- Proszę mówić! - ponagliłam
- Sytuacja opanowana. Pan Reus uderzył w ścianę lewą stroną głowy, powodując przy tym rozległą ranę. Na szczęście nie doszło do obrażeń czaszki. Pan Reus zostanie u nas przez tydzień, na obserwację - powiadomił nas lekarz i odszedł
- Przynajmniej przez tydzień nie zobaczę tej okropnej twarzy ... - rzekła Wiki, a ja opadłam zrozpaczona na krzesła i zapłakałam.


No proszę to już 30 rozdział... Już niedługo trzeba będzie się pożegnać...
A teraz w komentarzach piszcie co sądzicie o tym rozdziale :)
Komentujesz -----> Motywujesz mnie!

środa, 10 lipca 2013

Rozdział 29

Waliłam w drzwi jak szalona. Po krótkiej chwili zza drzwi wyłonił się Robert. Miał tą samą minę co Kuba, gdy do niego zawitałam.
- Dobra, krótka piłka! Jest tu Wiktoria czy nie? - zapytałam ostro
- Chciałbym ... - odrzekł Robert i zwiesił głowę
- Jak to? Nie ma jej tu? - zdziwiłam się
- Nie ma i nigdy nie było ... Na moje nieszczęście - odpowiedział smutno
   Zgłupiałam. U Kuby jej nie ma, u Roberta też nie, to gdzie ona w końcu jest?! Chyba nie rozpłynęła się w powietrzu! W tym momencie minę miałam nie tęgą. Robert też.
- Z twojej miny wnioskuję, że gdzieś przepadła - wypalił nagle - Jeśli chcesz, to pomogę ci jej szukać
- O nie! Jeszcze tego by brakowało! - zaprotestowałam
- O co ci chodzi? - zapytał skrzywiony
   Nie wytrzymałam. Musiałam powiedzieć mu o Kubie.
- Wiki od kilku miesięcy spotyka się z Kubą. I wychodzi na to, że mają się ku sobie. Nie psuj więc tego.
- Zaraz, zaraz ... Chyba nie chodzi ci o tego Kubę, którego mam na myśli? - przeraził się
- Tak, właśnie o tego ... Gdybyś mógł się nie wtrącać, byłoby super - odrzekłam tonem wrednej tapeciary
   Robert momentalnie posmutniał. Wieść o tym, że nie ma już szans, kompletnie go rozbiła. Wtedy, jak na złość,  uaktywniły się resztki moich ludzkich odruchów. Zrobiło mi się go żal.
- Robert ... Przykro mi, że dowiadujesz się tego ode mnie. I tak byś się dowiedział. Lepiej teraz, niż później ... - pocieszałam go
- Jak znajdziesz Wiki, to daj mi znać ... A teraz już idź - odrzekł chłodno i zamknął drzwi
*******************************************************************************************************************************
   Szukaliśmy Wiki około trzech godzin. Przed oczami miałam scenariusz sprzed dwóch miesięcy. Zniknięcie, zaułek, pobicie, szpital ... Panicznie się tego bałam. Przez ten czas zbliżyliśmy się nieco z Łukaszem. Ja panikowałam, on mnie wspierał. Ja trajkotałam, on uważnie słuchał. To było nawet miłe.
- Chodźmy już do domu ... Nie ma sensu szukać. Na pewno jest już w domu i czeka na ciebie - zapewniał mnie
- Chyba masz rację ... - przyznałam cicho i wtuliłam się w niego
   Szliśmy przez ciemne, zaśnieżone ulice Dortmundu. Bez słowa. W ciszy. Na moment uspokoiłam się. Łukasz zdawał się mówić do rzeczy. Nie potrzebnie panikowałam.
   Kiedy weszliśmy do mieszkania, Wiki podbiegła do mnie i z całych sił wyściskała.
- Patrycja! Gdzie ty byłaś tyle czasu?! Martwiłam się o ciebie! - krzyknęła z pretensją
- Szukałam cię... Myślałam, że znów uciekłaś, a tego bym nie wytrzymała ... - odparłam ze smutkiem
- Miałam cię zostawić samą?! Nigdy w życiu! - zapewniła - Rozbierajcie się, zaraz zrobię herbaty. Ty Łukasz także. Pewnie przemarzliście do szpiku kości!
   Popatrzyliśmy z Łukaszem na siebie mocno zdziwieni. Jednak on uśmiechnął się szeroko i zdjął płaszcz.
- "No proszę ... Chyba ją polubił ..." - pomyślałam i zaśmiałam się w duchu.
   Siedzieliśmy, rozmawialiśmy i piliśmy gorącą herbatę przez następne kilka godzin, ciągle żartując i przekomarzając się. Łukasz i Wiki powoli zaczynali się dogadywać, z czego byłam bardzo zadowolona. Nie myślałam już o Marco, Mario, Robercie i innych problemach. Zajęłam się tą dwójką, z którą teraz było mi dobrze ...


Króciutki, wiem, ale tak jakoś wyszło :) Czekam na wasze opinie :)
Komentujesz -----> Motywujesz mnie!

wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 28

 Przez następny tydzień Wiki chodziła obrażona. Odzywała się do mnie tylko wtedy, kiedy ją o coś pytałam. Całymi dniami nie było jej w domu. Wychodziła przed 17, a wracała późno w nocy. Rano natomiast nie miała siły wstać z łóżka, więc często odpuszczała treningi. Kiedy trzeci raz w tym tygodniu nie przyszła na stadion, Martin wściekł się i przywołał mnie do siebie
- Patrycja! Co się u was do cholery dzieje?! - zawołał - Wiki opuszcza treningi, ty nie możesz się na nich skupić, a jak już macie ze sobą ćwiczyć, to ciągle się o coś sprzeczacie! Ile wy macie lat?! 6?!
- Trenerze, przepraszam za nią, ale ostatnio nasze relacje ... uległy pogorszeniu ... - zaczęłam niepewnie - Mamy dużo problemów i mówiąc szczerze, nie radzimy sobie z nimi ...
- "Uległy pogorszeniu"? "Nie radzimy sobie z problemami"? Łagodnie to ujęłaś. Przecież widać, że traktujecie się jak wrogów! - odparł na to - Jeżeli Wiki nie zacznie przychodzić na treningi, to może pożegnać się z miejscem w podstawowym składzie, a nawet zacząć się pakować! Nie zamierzam tolerować takiego zachowania. Musicie oddzielać życie prywatne od zawodowego, już ci to mówiłem!
   Mówiąc to, odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę magazynu. Bezsilna wobec tej sytuacji, oparłam się o barierkę, a w moich oczach pojawiły się łzy. Pech chciał, że akurat obok mnie przechodziła Ulrike.
- Pati, co ci jest? - zaniepokoiła się
   Ale ja nie chciałam z nikim rozmawiać, więc uciekłam do szatni. Tam gorzko zapłakałam.
***********************************************************************************************************************************
   Zaraz po powrocie z treningu, zadzwoniłam do Wiki. Jak na złość miała wyłączoną komórkę. Usiadłam więc na kanapie i zaczęłam zastanawiać się, gdzie może być. Do głowy od razu wpadł mi Kuba, jednak nie znałam jego adresu. Wychodziło na to, że muszę zadzwonić do Łukasza. Przez chwilę biłam się z myślami, ale w końcu wykręciłam jego numer.
- Cześć, Pati - rzekł zaskoczony - Coś się stało?
- Owszem. Wiki zniknęła. Podejrzewam, że jest u Kuby, ale nie znam jego adresu. Mógłbyś mi go podać? - odparłam najszybciej, jak tylko mogłam
- Mam lepszy pomysł. Podwiozę cię do niego. - zaproponował entuzjastycznie
- Łukasz, proszę ... Nie zaczynaj ... - błagałam
- Ale czego mam nie zaczynać? Chcę ci pomóc w szukaniu twojej przyjaciółki. A przy okazji coś wyjaśnić. Za 15 minut będę pod twoją kamienicą. Czekaj na mnie - odrzekł zdecydowanie
- Ale Łukasz ... - chciałam zaprotestować, ale on już się rozłączył
- No pięknie ... Jeszcze tego mi brakowało! - powiedziałam głośno
   Załamana takim obrotem spraw, poszłam do kuchni zaparzyć sobie melisy na uspokojenie. Jednak nie dane mi było jej wypić do końca. Po piętnastu minutach do moich drzwi zapukał Łukasz.
- Co jak co, ale punktualności nie można ci odmówić - zakpiłam - Piętnaście minut, ani sekundy dłużej
- Starałem się. Po drodze złamałem chyba wszystkie możliwe przepisy. Szykuje się niezły mandat - odparł ze śmiechem
   Zeszliśmy na dół i po chwili byliśmy już w drodze do domu Kuby. Przez cały czas trwania tej jakże krótkiej podróży, starałam się nie patrzeć na Łukasza. To mogłoby wywołać rozmowę, z której, nie daj Boże, coś by wynikło. Mój towarzysz był jednak innego zdania.
- Za jakieś 10 minut będziemy na miejscu - zaczął
   Nic na to nie odpowiedziałam, tylko pokiwałam lekko głową
- Mieszka kilka domów ode mnie - poinformował mnie - Słuchaj, chciałem z Tobą porozmawiać
- O czym? - zapytałam
   Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że strzeliłam sobie w stopę. - "O nie ... ' - jęknęłam w myślach i spojrzałam na Łukasza
   Był wyraźnie zadowolony z mojej odpowiedzi.
- Nasze ostatnie spotkanie, wtedy na rynku, coś mi uświadomiło - rzekł tajemniczo
   Starałam się być obojętna, na to co mówi, ale ciekawość nie dawała mi spokoju.
- Niby co takiego? - zdziwiłam się
- Że cholernie mi na Tobie zależy - odpowiedział, ciągle patrząc na drogę
   Zrobiło mi się gorąco. Na moment wstrzymałam oddech i spojrzałam za okno. Wtedy auto zwolniło i zatrzymaliśmy się przed jedną z kamienic Dortmundu. Gdy chciałam wysiąść, usłyszałam dziwny dźwięk w drzwiach. Popchnęłam je, ale one ani drgnęły. Spojrzałam z przerażeniem na Łukasza.
- Nie bój się, nie chcę ci nic zrobić. Po prostu chcę dokończyć rozmowę - uspokoił mnie, ale nic to nie dało - Chcę cię powiadomić, że bardzo mi na Tobie zależy i że nie odpuszczę sobie. Będę o ciebie walczył i mam gdzieś co na to powie Marco, rozumiesz?
   Trzęsąc się ze strachu kiwnęłam niepewnie głową. Wtedy drzwi się odblokowały. Powoli wysiadłam z samochodu. Łukasz wyszedł za mną
- Piąte piętro, mieszkanie numer 17 - poinformował mnie i oparł się o maskę.
   Popędziłam na górę. Windy oczywiście nie było, więc musiałam iść schodami. Echo stukających obcasów niosło się po klatce i robiło niemały hałas. W końcu dotarłam na piąte piętro. Zapukałam mocno trzy razy w drzwi z numerem 17. Otworzył mi Kuba. Był wyraźnie zdezorientowany.
- Pati? Co ty tu ... - zaczął, ale ja szybkim krokiem wkroczyłam do mieszkania
- Wiki zniknęła. Nie mogę się do niej dodzwonić. Jest może u ciebie? - zapytałam i zmierzyłam go wzrokiem
- Nie, nie ma jej u mnie - odparł lekko wystraszony
- Czyżby? To dlaczego się tak trzęsiesz? - wypytywałam dalej
- Gdybyś widziała swoje spojrzenie, sama byś się siebie przestraszyła - odpowiedział - Co masz na myśli, mówiąc "Wiki zniknęła"?
- Po prostu zniknęła. Rano obwieściła, że zostaje w domu. Kiedy wróciłam z treningu już jej nie było. - powiadomiłam go
- Nie wiesz u kogo może być? - zapytał
- Myślałam, że jest u ciebie ... - odparłam zrezygnowana
   Nagle olśniło mnie. Kuba patrzył się na mnie jak na wariatkę. Jego spojrzenie przyprawiło mnie o dreszcze.
- Chyba wiem, gdzie ona jest ... - wyszeptałam i wyszłam z mieszkania.
   Na dole Łukasz czekał przy samochodzie. Gdy zobaczył mnie zdenerwowaną, natychmiast do niego wsiadł i odpalił silnik.
- Zawieź mnie do Roberta! - zażądałam
- Co? Dlaczego? - zdziwił się
- Nie pytaj! Po prostu zawieź! Chyba znasz adres?
   Łukasz kiwnął głową. Z piskiem opon odjechaliśmy spod kamienicy.



I jak? Mam nadzieję, że się podoba :) Co waszym zdaniem będzie z Wiktorią?
Komentujesz ------> motywujesz mnie :)